Setna rocznica urodzin Leszka Siemiona

26 stycznia tego roku mija setna rocznica urodzin mojego ojca -. A 4 lutego upłynie 45 rocznica jego śmierci. Był lubelskim dziennikarzem. Pracował w gazecie "Sztandar Ludu" od 1950 roku. W 2010 roku wydałam książkę ojca, której nie ukończył - "Cztery pokolenia"; Dołączyłam do książki fragmenty wspomnień Leszka Siemiona o początkach pracy dziennikarskiej po wojnie na terenie Lubelszczyzny. Napisał je na 25 lecie „Sztandaru Ludu, gazety w której pracował. Jest to niezwykle wymowny opis rzeczywistości powojennej. Taka była lubelska wieś w latach pięćdziesiątych. W kolejnych dekadach ta wieś się bogaciła i budowała. We wspomnieniu ojciec opisuje jakimi drogami podróżował szukając materiałów do swoich reportaży. Może to młodych czytelników dziwić, ale tych dróg w latach pięćdziesiątych w ogóle nie było. Powstały w następnych dekadach i umożliwiły rozwój wsi i miasteczek lubelskich. Bez tego rozwoju kolejnych lat Polski, wówczas socjalistycznej, nie byłoby dnia dzisiejszego, na obecnym poziomie cywilizacyjnym./ Monika Siemion/

(fragmenty wspomnień pisanych do „Kultury” tygodniowego dodatku „Sztandaru Ludu” nr 20 (884) 31 maja 1970 rok XVIII)

[...] Do „Sztandaru” trafiłem jesienią 1950 roku. Redakcja przechodziła wówczas reorganizację personalną. Na miejsce naczelnego przyszedł Edward Adamiak, na miejsce sekretarza – Edmund Grzybowski. Z pierwszym z nich już się przelotnie zetknąłem podczas mej pracy w łódzkim „Głosie Robotniczym”, gdzie pod ręką Edwarda Uzdańskiego obaj redagowaliśmy mutacje terenowe. Adamiak – zgierską, ja – kaliską. [...]

Chyba najmniej zapału czułem do pracy w dziale rolnym, chociaż równocześnie nie miałem do jego problematyki żadnej ansy, chociażby dlatego, że rolnictwo nieźle znałem z osobistej praktyk życiowej. Dlatego nie zmartwiłem się, kiedy naczelny przydzielił właśnie do działu rolnego, którym wówczas kierował Alek Sroga – dzisiejszy szef od spraw rolnych Polskiego radia w Warszawie. [...]

W rolnictwie rok 1950 był okresem „zwycięstwa” idei spółdzielczości produkcyjnej. Poza tym prowadziło się „walkę” o przodująca pozycję państwowych gospodarstw rolnych w gospodarce rolnej, a także o wdrożenie państwowych ośrodków maszynowych do roli napędowego czynnika przemian w strukturze rolnictwa. Nic więc dziwnego, że skoro tylko wykazałem się znajomością dziennikarskiej roboty, bez zwłoki zostałem nastawiony na te najważniejsze problemy.

Mnie pióro swędziało do reportażu – ciągle nachodziły mnie wspomnienia reporterki Wańkowicza, Pruszyńskiego, Kischa i Bunscha, których zapamiętale czytywałem przed wojną. Oczekiwałem więc okazji, która przyszła szybciej, niż się spodziewałem. Mianowicie w listopadzie 1950 roku powstała na Lubelszczyźnie 2000 w kraju spółdzielnia produkcyjna. Ten właśnie fakt spowodował moją wizytę w Zarudni, na północnowschodnim krańcu powiatu chełmskiego i pierwszy mój reportaż w lubelskiej prasie – „W Zarudni odmienił się świat”.

Podróż do Zarudni wzbogaciła moje doświadczenia i wiedzę o atrakcjach wyjazdów terenowych. Z Kalisza, gdzie pracowałem przed powrotem do Lublina, wszędzie jeździło się względnie wygodnie: koleją do Łodzi i Poznania, kalisko-turecką kolejką wąskotorową do Turku, albo wcale znośnymi autobusami i po niezłych drogach – w innych kierunkach. Z Lublina – prawie w każdą stronę – jechało się w drewnianej, ślepej pace zbitej z desek na podwoziu ciężarowego samochodu. Każdy samochód PKS czy SKW przed odjazdem oblegały tłumy podróżnych, z których zaledwie 1/3 miała szansę dostać się do wnętrza wehikułu. Co prawda obowiązujące przepisy nakazywały konduktorom zabierać w pierwszej kolejności pasażerów okazujących się służbową delegacją, ale nierzadko taki gest wywoływał tylko szyderczą reakcję: „To siadaj pan na delegację i jedź! Ja pana nie mam gdzie zabrać!”. Na stacji autobusowej czekało się w nieskończoność, a kiedy wreszcie pasażerski karawan zjawił się na placu, podróżni przypuszczali do niego szturm, wypełniając nie tylko wszystkie miejsca siedzące, stojące i wiszące, ale również skrupulatnie wykorzystując miejsca na cudzych odciskach. Od czasu do czasu do środka pojazdu wtłaczał się ktoś z pokaźnym tobołem, lokując go przemyślnie na wyłącznie nie wykorzystanych miejscach, czyli na głowach współpasażerów. Na koniec zjawiał się jeszcze jakiś jeden i drugi znajomek konduktora, albo kierowcy, których personel „autobusu” wbrew prawom fizyki wpychał do kopiasto wypełnionej skrzyni i o dziwo – dodatkowi pasażerowie zawsze się zmieścili, najwyżej jeszcze ktoś komuś dodatkowo stanął na nagniotkach.

Skrzynia z prasowaną konserwą ludzką wyruszała wreszcie na trasę. Pasażer czuł się bez reszty szczęśliwy, jeśli droga wypadła mu szosą warszawską, zamojską, lub chełmską, bo choć sfatygowane, przecież jednak przedstawiały komunikacyjny luksus w porównaniu z wszystkimi innymi szosami województwa. Bo wszystkie inne co krok parszywiały dziurami po kolana, na których ten szczególny pojazd podskakiwał tyle nieoczekiwanie, co energicznie, wprawiając zawartość skrzyni w mimowolny ruch między deskami dachu a podłogą i nogami towarzyszy podróży. Ale nie ma złego, które by na dobre nie wyszło – absolutne sprasowanie w tym przypadku okazywało się zbawienne, gdyż ograniczało ruchy ludzkiej masy, zapobiegając cielesnym obrażeniom, albo wręcz kalectwu. Zresztą i tego rodzaju szos nie było w nadmiarze. Na przykład z Włodawy do leżącego wówczas we włodawskim powiecie Parczewa szosy nie było w ogóle, a najpewniejsza trasa między tymi miejscowościami prowadziła... przez Lublin.

Atrakcje podróży w „puszce z konserwami” zwiększały się w okresie letnim. Deski pudła wprawdzie nie rozgrzewały się od słońca, ale za to absolutny brak wentylacji przy fenomenalnym tłoku stawał się najokrutniejszą torturą fizyczną i duchową.

Pociągiem jechało się o wiele wygodniej, toteż jadąc do Zarudni wysiadłem w Chełmie w zupełnie dobrej formie. Po nadmiernie cierpliwym oczekiwaniu podstawiono pociąg do Włodawy. A były wówczas w Lubelskiem dwie kolejowe linie „ślepe” – jedna z Bełżca pod Sokal, druga – właśnie z Chełma do Włodawy. Pociągi kursowały na nich bardziej jak się chciało ich obsłudze, niż jak tego wymagały rozkłady jazdy. Ale prawie zawsze było w nich luźno, toteż wymęczony pasażer nawet nie martwił się, że zamierzona podróż trwa dłużej. Dzięki temu miał szansę na odpoczynek. Jednak w Chełmie nie miałem szczęścia, Nie wiem z jakiej okazji stacja była zapchana pasażerami z trasy włodawskiej, którzy nie tylko wypełnili wnętrza wagonów, ale obsadzili także dachy i bufory. W tym stanie rzeczy na moment przed odjazdem pociągu stare amortyzatory nie wytrzymały i gestem łagodnego protestu osiadły na osiach. Skończyło się na dodatkowym półtoragodzinnym opóźnieniu.

Podróże reporterskie odbywały się też innymi sposobami. Często, szczególnie podczas odwiedzin PGR, dziennikarz korzystał z koni gospodarstwa. Raz zresztą zawdzięczam tej metodzie niezapomniane wrażenie – kiedy z imponująco olbrzymiego łanu kukurydzy, gdzieś pod Uhnowem, wyszło nie mniej liczebnie imponujące stado dzików i całkowicie ignorując moją podwodę, poczłapało na drugą stronę drogi, o kilkanaście metrów przed nami.

Stosunkowo pewnym środkiem lokomocji były ciągniki – przynajmniej nie bały się żadnych dróg, nawet najokropniejszych. Kiedyś ciągnikiem bez przyczepy jechałem ciemnym wieczorem z giganta PGR w Machnowie, do Bełżca. Szosa istniała dopiero w projekcie, była natomiast późna jesień, droga rozkisła po deszczach, pełna błotnistych otchłani. Stojącego na stopniu ciągnika gęste błoto ochlapało mnie dosłownie po uszy. W maleńkim, rekordowo brudnym i cuchnącym baraczku mieszczącym wtedy stację kolejową w Bełżcu nie było gdzie się doprowadzić do porządku, zresztą pociąg zaraz odjeżdżał. W rezultacie dowiozłem machnowskie błoto do samego Lublina.

Lepsze wspomnienia pozostały mi z pewnej podróży ciągnikiem z przyczepą, jaka odbyłem z Parczewa do Sosnowicy. Było lato i piękna pogoda, a droga niedaleka, więc świat wydawał mi się miły, tylko po posiłku spożytym w parczewskiej restauracji ogromnie chciało mi się pić. Chyba tym bardziej, ze traktorzysta wiózł kilka potężnych beczek piwa dla gospody ludowej. I trzeba trafu, że koło młyna w Uhninie, może od wstrząsów, a może pod wpływem moich spojrzeń, czop jednej z beczek strzelił w górę i z beczki trysnął pienisty strumień. Piliśmy więc to piwo wraz z młynarzami i chłopami przybyłymi do młyna, piliśmy do syta, że mędrzec Panurg pewno by powtórzył prawidło pijących, dla których „kres picia nastaje wtedy, kiedy podeszwy butów napęcznieją na pół stopy”.

Niezawodnym środkiem lokomocji były własne nogi. Nie wiem już ile setek kilometrów przemierzyłem po Lubelszczyźnie pieszo w swoim „sztandarowym” okresie. Zresztą ten sposób podróżowania lubiłem i lubię do dziś, gdyż żaden inny nie daje tylu wrażeń. Kiedyś idąc z Chmielowa do Kodeńca miałem okazję zobaczyć nawet wilki „w akcji”. Był październikowy wczesny wieczór na krótko przed zachodem, na wygonie pasło się stado owiec pilnowane przez gromadzkiego pastucha z psem. Z łozin, których tu było pełno, wyszła para wilków. Podbiegły szybko do stada i jeden wilczysko bez pardonu ucapił zębiskami za kark jakąś owieczkę. Potaszczył swoją ofiarę do chaszczy, podczas gdy drugi wilk odganiał atakującego psa, którym pastuch poszczuł napastnika. Nie pomogło – dla właściciela owcy nie została nawet wełna.

Raz tylko pieszą podróż kląłem serdecznie. Była ostra zima lat 1951/1952 a mnie wypadło znów być w Kodeńcu. Po dwudniowym pobycie w tym włodawskim zakątku pomaszerowałem na Lipówkę – Wyryki – Lubień, do Adampola, gdzie znajdował się autobusowy przystanek. Kląłem śliski śnieg, ale maszerowałem tęgo i zdążyłem na czas. Nieźle zziajany stanąłem na krzyżówce i na próżno szukałem znaku przystanku PKS, który – jak się zaraz okazało – umiejscowiony był 100 metrów przed mną. Tam też zatrzymał się przykładnie punktualny autokar. Bez zwłoki odjechał w dalszą drogę a ja pozostałem w lesie na pustej szosie, już w gęstniejącym mroku, zupełnie niedaleko od miejsca, w którym kilka miesięcy wcześniej grasujący jeszcze „Żelazny” zamordował Ludwika Czugałę. Nie było innej rady – „per pedes” pociągnąłem do Włodawy szukać noclegu, bo żadnej komunikacji z Lublinem o tej porze nie było. Na skraju miasteczka spotkałem jednak skręcającą na lubelską szosę wojskową ciężarówkę. Wesoły i życzliwy, a także nieźle podchmielony kierowca ulokował mnie samotnego na odkrytej skrzyni samochodu i ruszył dalej, pochłaniając drogę w kawalerskim tempie. Cieszyłem się z tego, bo mróz brał tęgi, ale moja radość skończyła się już w Dorohuczy, gdzie mój fantazyjny kierowca stuknął bokiem jadącą z przeciwka starą ciężarówkę, znosząc jej całą skrzynię na jezdnię. Moje szczęście tym razem zachowało się przyzwoicie – chociaż wyskoczyłem ze skrzyni szerokim łukiem, to jednak w rowie wylądowałem bez szkody. Jaki człowiek jest niestały – chwaliłem śnieg leżący w rowie! Ale podróż i tak kląłem, szczególnie te 10 km z Adampola do Włodawy, które wbrew chęciom musiałem dodać do 30 kilometrowego spaceru z Kodeńca.

Co prawda na terenową robotę dziennikarz wyruszał zupełnie inaczej, niż obecnie. Delegacja służbowa opiewała na tydzień lub dwa, księgowy Jackiewicz wypłacał pokaźną zaliczkę, a dziennikarz kupował nowy notes i znikał z redakcyjnego horyzontu. Między jego zniknięciem a powrotem mieściły się te wszystkie i podobne im zdarzenia, o jakich pisałem wyżej. Mieściło się tez wszystko, co „od deski do deski” wypełniało kupiony przed wyjazdem notes. Kilkanaście takich notesów przechowuję do dziś, jako „signum temporis”.

A po powrocie? Po powrocie z terenu notes mówił i każdego dnia oddawało się artykuł albo i dwa [...] A zespół (gazety – przyp. MS) był młody, młody i jak jeszcze. Większość zaledwie o 3-4 lata przeskoczyła dwudziestkę a niektórzy nawet nie dociągnęli do tej liczby. Rysiek Smożewski, dzisiaj kielecko-krakowski dziennikarz, literat i teatralnik, miał 21, Józek Porębski – dzisiejszy sekretarz redakcji – tyle samo, Stefan Piotrowski – dzisiejszy sekretarz redakcji „Kuriera” – chyba o rok więcej, Leszek Terpiłowski – dzisiejszy telewizyjny i inny muzykolog – chyba o rok mniej i tak dalej i tak dalej. Niektórzy mimo młodego wieku już na zawsze nasze grono opuścili. Gienek Kapusta zmarł w Poznaniu, już jako przedstawiciel „Głosu Pracy”; Janek Karwacki – były partyzant od „Nerwy” zginął w kopalni węgla, nie żyje Marysia Bogutówna, dziewczyna o kryształowej duszy i piórze wziętego literata... Coś w tym musi być, że w zawodzie dziennikarskim najmniej ludzi dożywa emerytalnego wieku.

Było nam razem dobrze, często nie rozstawaliśmy się nawet po godzinach służbowych. Coraz kleiło się jakieś akademie, chóry, programy artystyczne, albo teatralne przedstawienia. Oczywiście gorliwie się w to wszystko angażowałem, nie zapominając latem również o sporcie – z czasem stworzyliśmy waleczną drużynę siatkówki i stoczyliśmy na boiskach niejeden homerycki bój. Ale mimo wszystko byłem zdziwiony, kiedy po wystawieniu „Młodej Gwardii” w sali KW PZPR (wówczas przy Krakowskim Przedmieściu 62) wobec szczelnie wypełnionej sali, widziałem łzy na twarzach wielu widzów. Kto wie? – może to tylko młodość potrafi tak sugestywnie przekazywać dramaty wojennej młodości? Zaczął tę naszą „Młodą Gwardię” reżyserować Kazimierz Iwiński z teatru im. J. Osterwy, dokończył zaś mój brat Wojtek kiedy nieoczekiwanie zjechał do Lublina jesienią 1951 roku. Bez rodzinnego kumoterstwa muszę mu oddać, że dopiero przy jego reżyserii każdy z nas zrozumiał własną rolę i chyba dlatego sztuka zyskała sukces. Wystawiliśmy ją później jeszcze kilka razy w świetlicach robotniczych i o dziwo – wszędzie z najlepszym efektem. [...]

Powracajmy jednak w – teren, jako że tam przede wszystkim było miejsce jego Apostolskiej Mości – terenowego dziennikarza. Stałą formą pracy terenowej było uczestniczenie w chłopskich zebraniach, jakich bezlik odbywał się na każdym kroku. Przebiegały one ustalonym porządkiem: sołtys zwoływał zebranie, wyznaczając termin poobiedni, po czym mieszkańcy wsi schodzili się w wyznaczone miejsce. Zbór ten trwał długo, zwykle przeciągał się poza wieczorny obrządek inwentarza i w rezultacie zebranie zaczynało się wieczorem. Tak zresztą jak nie mogło się zacząć, tak i nie mogło się skończyć. Niezależnie od tematu zebrania i profesji „prelegenta” chłopi przy każdej okazji żądali gwoździ, obręczy do wozów, wiader, gumowych butów itp. Niezbędnych przedmiotów zaopatrzenia. Piszę „przedmiotów”, a nie artykułów, gdyż żądanie ogólne nie wchodziło w rachubę – u zebranych chłopów liczyły się tylko konkretne pretensje indywidualne, choćby były identyczne z pretensjami przedmówcy. Tym porządkiem zebranie przeciągało się w nieskończoność, aż do ostatecznego wyczerpania nie tyle tematu, ile zebranych chłopów, prelegenta i dziennikarza a nawet sołtysa i sekretarza partyjnej organizacji, zazwyczaj niezmordowanych, jak to się mówi – ludzi ‘nie do zdarcia”.

Sołtys miał potem dodatkowy kłopot z umieszczeniem przyjezdnych na noclegu. Nawet w tym krępowały go różne przepisy, albo też proste względy ekonomiczno-kulturane, gdyż połowa chłopskich chat wówczas nie była w stanie zapewnić gościom choćby minimalnych „wygód”.

Osobiście z terenowych noclegów najlepiej zapamiętałem dwa. W wsi Gęś, położonej w powiecie parczewskim, sołtys zaprowadził mnie do dwojga ludzi w podeszłym wieku. Posłali mi na „kanapie”, czyli w drewnianej skrzyni na nogach, której wieko otwierało się a w ciągu dnia służyło za siedzenie. Staruszka z matczyna troska w głosie odezwała się: – Powinno tu panu być wygodnie, nasz syn tu sypiał... – A co się z nim dzieje? Wyjechał? – zainteresowałem się raczej sztucznie, bo cholerne znużenie morzyło mnie na stojąco. – Nie, panie. Umarł. Wczoraj żeśmy go pochowali... – chlipnęła staruszka. – Nie było to przyjemne, ale położyłem się bez abominacji. Nieboszczyk zresztą miał widocznie łagodny charakter – nie tylko że mi we śnie nie przeszkadzał, ale go chyba jeszcze napędzał. Spałem jak kamień. W Łukowej znów, w powiecie biłgorajskim, sołtys wbrew przepisom zaprowadził mnie na nocleg do samotnej wdowy. – Nie wolno, ale co robić? U nas hitlerowcy chłopów wymordowali, w co drugiej chałupie wdowa – tłumaczył. Wyjaśnienie przyjąłem obojętnie, tak samo jak nadzwyczajną gościnność gospodyni. Kiedy po kolacji zgasło światło, usłyszałem proszący szept: – Panie, siedem lat jestem wdową... Do dziś mam wątpliwości czy postąpiłem słusznie naśladując Liwingstona w momencie kiedy jego chatę odwiedziła naga murzyńska królowa. I wcale nie dlatego, że w stodole zmarzłem na kość...

Ale nade wszystko z tych stron pozostało w pamięci błoto, straszliwe błoto hrubieszowskich i tomaszowskich bezdroży, na których łamały się samochody i przyczepy, grzęzły nawet traktory.

Na tych odłogach ochotniczo i na pół przymusowo pracowały ekipy robotnicze z miasta i ze wsi. Późną jesienią 1951 roku w Mycowie napotkałem taką ekipę przywiezioną na wykopki. Ludzie przyjechali zza Lublina na jeden tydzień a przebywali tu już ponad dwa tygodnie, chociaż nikt z nich nie posiadał nawet zmiany bielizny, a w promieniu wielu kilometrów nie było żadnego sklepu, w którym można by sobie coś kupić. Kobietom wiodło się jeszcze jako-tako, gdyż PGR zdążył latem wybudować dla nich mieszkalny barak. Natomiast mężczyźni mieszkali w piwnicach domów spalonej wsi. Z wierzchu lała się do piwnic woda, wewnątrz panowała wilgoć i ciemność, a powietrze zatruwał dodatkowo gryzący dym z prymitywnych piecyków. Zmartwiałem ze zgrozy. Oczywiście to nie był dla mnie „temat” – tylko „interweniowałem” u władz. Do dziś nie wiem, czy moja interwencja coś pomogła, ale zdarzenie to wytrąciło mnie z równowagi na dobrych kilka dni. I opowiadaj tu dzisiaj, jak trudne było nasze pierwsze dziesięciolecie – samemu wierzyć się nie chce!

Obraz ludzi z Mycowa nosiłem w sobie długo. Dlatego, kiedy w roku 1953 w lubelskich zakładach pracy werbowano ekipy żniwne, zgłosiłem się do jednej z nich. „Naczalstwo” nie kwapiło się wyrazić na to zgody, bo przecież byłem kierownikiem działu. Ale przyrzekłem, że będę pisał z terenu, więc ostatecznie pojechałem w gronie około setki innych zwerbowanych w połowie pod przymusem.

Następnego dnia stanęliśmy do żniw w wielkim PGR Setniki położonym na południowych krańcach powiatu hrubieszowskiego. Wrażenie nie było najlepsze – kilka wiejskich budynków gospodarskich, tyleż domków pracowniczych, jakiś blok socjalny, a poza tym szczera pustynia.

Kierownik gospodarstwa wyraźnie nie stał na wysokości zadania. Ani wiedział do czego i ilu ludzi użyć, ciskał się i tracił czas, a organizacja pracy przedstawiał się gorzej niż źle. Części „ochotników” ten stan rzeczy nawet odpowiadał – nie mieli chęci przemęczać się przy żniwach. A zboże dostawało i przestawało.

Kiedy następnego dnia organizacja pracy nic się nie polepszyła, wieczorem zwołałem należących do ekipy członów partii i ZMP. Było ich więcej, niż się spodziewałem. Wybraliśmy organizatora partyjnego, którym zostałem ja, utworzyliśmy partyjne grupy do brygad przeznaczonych do poszczególnych prac polowych, zaś w dwa dni później – „szturmową” grupę stałej gotowości ZMP. Kierownika poprosiłem, aby zadania robocze przydzielał wieczorem na dzień następny i zobowiązałem się, że sami zmontujemy brygady. Kręcił nosem, prychał, ale się zgodził. (Zresztą nie bardzo dotrzymywał słowa, przybawiając nam nowych trudności). Od następnego dnia wszystkie brygady wyszły w pole składnie, a wieczorem miałem dokładne relacje o ich wynikach dziennych. Każdy następny dzień te wyniki poprawiał a i ludzie byli zadowoleni, gdyż rosły ich zarobki. Postarałem się o to, aby biuro na bieżąco wywieszało wykazy dziennych zarobków. I tak poszło – Setniki pierwsze w swym zespole i bez strat ukończyły żniwa. Ale już beze mnie, gdyż po dziesięciu dniach nieoczekiwanie zjechała do Setnik redakcyjna „skoda” Stasia Jackiewicza, który przywiózł mi kategoryczne polecenie powrotu do Lublina.[...]

.